środa, 5 maja 2010

5 rzeczy, za które gimnazjaliści nie pokochali egzaminatorów, czyli 1, 2, 3, Baba Jaga patrzy.

Zainteresowani wiedzą, reszta pewnie ma to gdzieś - jesteśmy już po egzaminach gimnazjalnych. Niedawno dowiedzieliśmy się, czy cała nasza dziesięcioletnia edukacja i rok ostrego rycia testów próbnych poszedł... uprawiać brutalną miłość fizyczną. Ja wiem, to nie jest matura, ale nerwy podobne, bo od tego tez sporo zależy, a nigdy nie wiadomo, co też geniusze układający test wymyślili. Oczywiście jak zwykle zaatakowali tą flankę, na której nikt nie spodziewał się ataku, bo "to byłoby zbyt głupie". Co mogło zaprzepaścić nasze marzenia o okrągłym 50?
1. Zmienianie polityków
Od zarania dziejów wszyscy głowią się nad tym pytaniem, a tu gimnazjaliści mieli powiedzieć, co moze wpłynąć na decyzje władz gminy. Niestety, arsenał sprzętów i pomysłow, które niejeden z piszących stosował w praktyce, a praktycznie każdy o nim słyszał w telewizji, został skasowany jednym słowem - legalny.
2. Zero lektur
Co prawda dla większości to była zaleta, ale ja się podłamałem - rozprawka nie dająca żadnych szans na podparcie się lekturą (na upartego można było, ale to byłoby zdecydowanie udziwnianie). Czemu źle? Primo - nauczyciele ostrzegają, że w wypadku tak nietypowej rozprawki nie wiadomo, co będzie punktowane. Secundo - zatwardziały czytelnik (jak ja) na pewno swoją ulubioną książką jest w stanie podeprzeć wszystko. Ja pod tym względem byłem pewny siebie, bo saga Sapkowskiego jest bogata w różne wątki, a w razie co miałem w zapasie całą serię o Harrym Potterze i parę książek Kinga, a i lektury znam niezgorzej. Cóż za zawód!
3. Radioaktywne biedronki
Czyli świetny przykład wiedzy wykorzystywanej w praktyce - jakbyście nie mieli co zrobić z nadmiarem radioaktywnego pierwiastka, wzywajcie oddział superbiedronek i posprzątane! A jak coś to wezwą mszyce i będzie lajtowo.
4. Brak matematyki
Ilości łez wylanych przez nauczycieli matematyki nie są w stanie opisać liczby. Cały rok powtarzania praktycznie na marne, a zadań z matematyki było jak na lekarstwo. A przydałoby się, chociażby takie "2+2*2=?".
5. Fizyka
Bo ona demotywuje najbardziej - wystarczy to, że była. Jeśli jesteś fizykiem, to oszczędź sobie komentarzy. Fizyka to najbardziej niekochany przedmiot gimnazjum, nie zmienisz tego.
W sumie te pięć rzeczy wystarczy, żeby rozeznać, bo było niefajne - trudny test matematyczno-przyrodniczy, średni human i banalny język (obydwa, ja pisałem angielski, ale niemiecki podobno też łatwy). Tymczasem pozdrowienia dla maturzystów.
Have fun!

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Od bohatera do frajera, czyli jak Casino Royale zmasakrowało brytyjskich agentów.

Obiecałem felieton o alkoholach, ale chyba wraca mi wena, bo po wczorajszym seansie znów nawiedziła mnie ciotka Refleksja, natomiast z racji trwającego okresu świąt o rodzinie też maznę, pewnie jako podsumowanie, więc jutro. Może jeszcze zareklamuję niedawno przeze mnie odwiedzony Poznań... Uch! Jak nie brakuje, to nadmiar! Ale do rzeczy...
Ogólnie raczej nie oglądam telewizji. Kiedy nie ma internetu, kiedy rodzina ma potrzebę korzystania z niego, kiedy leci "dr House" albo inny serial. Ale oprócz tego lubię dobry film. Kryminał, jakaś inteligentna komedia, czasem nawet horror... Rzadziej zdarza mi się obejrzeć jakiś film akcji. Ponieważ jednak nie miałem nic przeciwko agentowi 007, a jako alternatywę miałem obejrzenie po raz 6446386. "Killera", przełączyłem na kanał wiadomy i zasiadłem.
Krótkie podsumowanie - nie wiem, czy Daniel Craig dostał nakaz zagrania największego gbura kina, czy to jego decyzja, ale udało się to znakomicie - postać Jamesa Bonda od początku serii nie była tak pozbawiona charyzmy i nie odpychała od siebie tak bardzo, jak udało się to zrobić w Casino Royale. Reakcje Bonda były tak zimne, że jeśli ktoś uznaje takich ludzi jak on za prawdziwych mężczyzn, pozostaje mu szczerze współczuć i poradzić, że już lepiej uznać za takowego Shreka. Nic tutaj nie pasowało do Bonda, łącznie z wyglądem, gdzie zazwyczaj Bond był wzorem szyku i elegancji, natomiast teraz został sprowadzony do roli bogacza, który chce ubrankami udowodnić, że ma kasy jak lodu. Po godzinnym wciskaniu ludziom, że agent 007 stał się maszyną do zabijania niemającą uczuć i żenujących próbach podrywu koleżanki z ministerstwa, nagły napływ uczuć i miłości jest żenujący, nierealistyczny (ja wiem, że cały film taki jest, ale wszystko byłoby teoretycznie możliwe, natomiast ta przemiana raczej nie) i miał chyba tylko spowodować wzruszenie u widza na koniec (mam nadzieję, że nie przyspoilerowałem). Jak dla mnie nie wyszło.
Ogólnie fabuła filmu jest średnio ciekawa (gapienie się na Bonda myślącego spowodowało u mnie podobny wysiłek jak u niego), postać Bonda jak dla mnie została całkowicie sprowadzona do poziomu tępaka, a zakończenie chyba tylko ma usprawiedliwiać zgorzkniałość bohatera w następnej części, której jeszcze nie widziałem. I chyba nie chcę.
Mała uwaga - nie wiem, czy to wina autora książki (Bonda nie czytałem), reżysera, scenarzystów czy samego aktora, po prostu stwierdzam - nowy Bond mi się nie podobał.

sobota, 3 kwietnia 2010

Small city life, czyli wyznania z miasteczka.


Z której strony by nie patrzeć, w którym miejscu by nie przyklepać, jakby nie ugryźć - jestem mieszkańcem małego miasta. Dumna gmina Miasto Ozorków szczyci się jakimiś nagrodami, zaszczytami, mamy nawet gminy współpracujące w Szwecji i we Włoszech! Gmina na medal!
Tak jak i mieszkanie w każdym innym miejscu, spędzenie tutaj całego dotychczasowego życia ma swoje zalety. Potem niestety te zalety obracają się w wady.
Tak, jakbyś zgadł(a). Nie lubię mieszkać w małym mieście. Nie lubię mojego kąta, mojego zadupia, mojej małej ojczyzny. Pewnie sporo ludzi zamieniłoby się ze mną. Ale ja się w tym mieście duszę, nic nie poradzę.
Tak więc prezentuję - ogólnie, subiektywnie i niekoniecznie miło o tym, co w moim "mieście" mi przeszkadza.
Tradycyjność. Zapewne większość z was spotkała się z moherową armią. Większość tych pań (wyjątków nie znam, ale pewnie są) nie da sobie przetłumaczyć, że internet to świetne źródło informacji, muzyka metalowa nie służy do odprawiania czarnych mszy, niewierzący mogą iść do nieba, a niepełnosprawny nie wstanie z wózka i nie ustąpi jej miejsca w autobusie - wszędzie SZATAN, trzeba chronić pozostałych dobrych ludzi, wyplenić zarazę i siać, siać, siać. Może nie jest to zjawisko identyczne, ale podobna mentalność występuje w moim mieście. Wszystko, co nie my wymyśliliśmy, jest obce, a obce - złe. Chrońmy więc nasze pociechy przed wpływem zachodu, wschodu, południa, nawet północy (swoją drogą takie opieranie się na Skandynawii by się na przydało - może nie idealne, ale bardzo wysoko rozwinięte kraje, pod każdym względem, polecam tą prezentację w całości, jest tam też fragment porównujący Polskę i Finlandię) i zróbmy sobie na granicach mury, tak nam dopomóż Maryjo Zawsze Dziewico i ojcze Tadeuszu, amen. Jeśli więc w naszym mieście pojawiłby się typowy homoseksualista (zadeklarowany, ubierający się w typowe ubrania), zostałby pewnie złapany decyzją Rady Miasta przez ludzie w widłami i pochodniami, ubiczowany, wsadzony do wrzątku, a do ciała gawiedź wezwałaby egzorcystę. Giń, oryginalności!
Szybkość rozchodzenia informacji. Tak, zjawisko nazywane poza miastem "cała wieś wie", a małych miastach funkcjonuje pod nazwą "całe miasto o tym mówi". Wydawałoby się, że fajnie. Z tym, że wiadomości są różne. Niekoniecznie potwierdzone. "A podobno Zocha, ta od Nowaków jest w ciąży z murzynem!". Tylko nie z murzynem, a z Pawlakiem, nie ta od Nowaków, tylko od Kowalskich, i nie w ciąży, tylko w wesołym miasteczku. Prędkość rozchodzenia się informacji w mieścinach przekracza prędkość światła, a głupoty, jakie można usłyszeć (czasem nawet o sobie) powodują nietypowe zjawisko anatomiczne - opad szczęki połączony z wybuchem śmiechu/płaczu.
Chamstwo. Tak, ja też zapewne jestem tego przykładem, choć walczę jak tylko mogę z instynktami małomieszczańskimi. Każdy uznaje swoje prawo do wszystkiego, swoją rację za najswojszą, a rację innych za niegodną nawet obalenia, bo to się rozumie samo przez się. A jak wiadomo, najlepszą metodą nauki jest bicie, co wiadomo od lat w dziedzinach takich jak wychowanie czy dyplomacja międzynarodowa. Tak więc uczymy słabszych, że nasza prawda to święta prawda, ich prawda to (pardon my french) gówno prawda, a tylko jedno prawo jest przestrzegane zawsze - prawo dżungli.
Alkoholizm - to zjawisko ogólne, materiał na kolejny felieton. Beware!
Wszechobecna stagnacja. Nuda. Nic się nie dzieje. Nic. Jak w moich felietonach - ciągle to samo. Nikt nie organizuje imprez (wyłączając dyskoteki - mamy erę tańca, każdy musi lubić!), a nawet jak ktoś się przełamie i zorganizuje imprezę, srogo się zawiedzie - ludzie nie przyjdą wcale, a jak już przyjdą, to pijani, zobaczyć co się dzieje, zniszczą coś i impreza przyniesie więcej strat niż zysków, a ludzie i tak nic z niej nie wyniosą. Ludzie zwyczajnie nie mają czasu na takie imprezy, bo są zajęci marudzeniem, że nic się nie dzieje. I koło się zamyka.
Nie lubię mieszkać w Ozorkowie. Chciałbym mieszkać w dużym mieście, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Myślę, że tam pojawiłyby się inne problemy, ale i źródło byłoby inne. Bo podstawowym źródłem tych ww. problemów jest, w moim mniemaniu, nieumiejętność życia w społeczeństwie.
Na koniec - mieszkańcy metropolii, miast, miasteczek, wsi - opisujcie swoje wrażenia względem małych mieścin. Chciałbym wiedzieć czy to zawsze tak, czy tylko moje Ozorków stanęło w czasie... Więc (nigdy nie myślałem że to powiem) - proshe o komciaski :D
No i jak powiedziałem, spodziewajcie się kolejnego felietonu - o sporcie narodowym - alkoholizmie.

Zapowiedź, czyli "mamo, kto to i czemu tak brzydko pachnie?".

Nie miałem się okazji jeszcze przywitać - nazywam się Tomasz Kaleta, w sieci znany jako Dessio. Jestem swoistym pomysłodawcą bloga, niestety niedługo po jego utworzeniu "zaciąłem" się twórczo. Teraz walczę z blokadą, natchniony postem Notie. Więcej informacji o mnie na moim osobistym blogu (UWAGA! REKLAMA) Gorzkie Żale - wersja hardcore, czyli jak to Dessio miał zły humor, tam też starsze felietony.
Na początku ciekawostka - nikt nie wie, dlaczego piszę akurat takim krojem czcionki, dlaczego zawsze mam w tytułach "czyli" (ta, lubię ostre potrawy, ale...) i dlaczego akurat ten kolor. Nie pytajcie :)
Od razu wyjaśniam to, co również w moim tamtejszym opisie - jestem pozytywnym człowiekiem. Lubię się śmiać, nieść uśmiech innych, nawet się do tego poczuwam. Takie powołanie. Ale człowiek, który "doing eggs to himself" przez cały czas, a jest dość... burzliwą osobowością, musi gdzieś przelać wkurzające go rzeczy. Tak powstał pierwszy blog, tutaj kontynuuję ideę. Dużo więc będzie z mojej strony średniej klasy felietonów o stopniu poirytowania powyżej codzienności, często kontrowersyjnych w swojej treści. No cush.
Można się też spodziewać ode mnie rankingów. Będąc pod urokiem Widelca Będę was atakował prawda najmojszą i różnymi podsumowaniami, które (mam nadzieję) będą w stanie zainteresować was tematami bliskimi memu sercu. Postaram się dodawać filmiki, obrazy i wszystko, co może wam ułatwić zanurzenie się w mój świat.
Natchniony twórczością Rafała Bryndala mogę co jakiś czas atakować was czymś, co w chwilach szczególnie silnego upojenia alkoholowego można by nazwać poezją. Będą to wiersze satyryczne, więc nie spodziewajcie się za wiele. :) Po przeczytaniu paru wierszy Mirona Białoszewskiego dochodzę jednak do wniosku, że pisać każdy może, wystarczy dobrze udawać, że "to poezja jest". Wybaczcie mi ignorancję.
Może bywać i tak, że najdzie mnie na napisanie czegoś prozą. Czuję się w niej NIECO lepiej niż w poezji, ale i tutaj "szału ni ma". Wspominam o tym tylko dlatego, że ostatnio powstała mi strasznie makabryczna (nie tylko pod względem jakości) opowiastka. Boję się, że w chwili szczególnej wiary we własne umiejętności mogę ją opublikować. Na szczęście wy nie musicie tego czytać.
Nie wiem co jeszcze powstanie w mojej zwichrowanej psychice, ale jeśli was to dotknie - nie macie prawa pozywać mnie do sądu. Czytacie na własną odpowiedzialność.
Have fun!

piątek, 26 marca 2010

Wena.

Wena to jest takie coś, co blokuje nas na całej linii. Człowiek chce ale nie może, bo Wena powiedziała, że ona teraz natchnienia nie da, bo nie i koniec. Co można w tej sytuacji zrobić? Nie możemy dać jej za wygraną! Ale co z tego, skoro jesteśmy od niej w stu procentach uzależnieni? Trzeba coś zrobić, aby nam tak nie cwaniakowała!

PRZEDSTAWIAM PAŃSTWU PORADNIK ANTY HUMOROM WENOWYM!!

1. Wziąć dwa głębokie oddechy!
To bardzo ważne, żeby były dwa! Bo jak będzie jeden to kaszana! Musimy Wenie pokazać, że jesteśmy konsekwentni w swoich czynach! A oddechy same w sobie będą służyły do wyciszenia organizmu i uspokojenia się (bo przecież po co taki oddech wenie? Ale o tym to już ona wiedzieć nie musi!).

2. Zrobić dwa przysiady!
To bardzo ważne żeby były dwa! Bo jak będzie jeden to poraaażka! Musimy Wenie pokazać, że mamy dobrą kondycję, żeby nie pomyślała, że z nami wygra i uda się jej nas wykończyć! A z drugiej strony to przecież bardzo skuteczna metoda na rozwiązywanie wszelkich problemów! Polecam!

3. Medytować przez dwie minuty!
To bardzo ważne żeby były dwie! Bo jak będzie jedna, albo nie daj Boże trzy, to... Musimy Wenie pokazać, że nawet kiedy medytujemy i pozornie wydajemy się idealną ofiarą na Wenowe Humorki jesteśmy czujni i nie damy się! A poza tym, medytacja trwająca dłużej niż dwie minuty jest piekielnie nuuuudna!

4. Wypić dwie szklanki soku z pietruszki!
To bardzo ważne, żeby były dwie! Bo jak będzie jedna to Wena sobie pomyśli, że się poddajemy! A ona nie może sobie tak pomyśleć! Jesteśmy twardzi i wierni swoim postanowieniom! Tak, wiem: Sok z pietruszki to masakra dla zmysłów! Ale musimy pokazać, że jesteśmy twardzi i nieugięci! I tu mała podpowiedź: Nigdzie nie jest napisane jak duże mają być te szklanki :) (Ale tego już Wena wiedzieć nie musi)

5. Założyć na głowę dwie pary majtek swojej mamy!
To bardzo ważne żeby były dwie! W sumie to nie wiem dlaczego, ale to nie jest aktualnie istotne! Tak ma być i koniec, bo jak nie to Weny nie będzie! Wykonać!

6. Obiec dwa razy swój dom dookoła krzycząc" Wcale nie jestem idiotą/ką"!
To bardzo ważne żeby wykonać to dwa razy! Musimy pokazać Wenie, że jesteśmy dzielni i że stać nas na wiele poświęceń, aby tworzyć, działać, pisać, grać... Oczywiście nie wskazane jest zdejmowanie majtek z głowy, aczkolwiek moje badania nie wykazały, aby ich zdjęcie okazało się dać wynik przeciwny do zamierzonego.

7.Stworzyć na swoim łóżkiem ołtarzyk z dwiema świecami!
To bardzo ważne żeby były dwie! Wena lubi parzystą ilość świec. Owy ołtarzyk ma wyglądać mnie więcej w sposób następujący: Na środku umieszczamy duży napis "WENA" i/lub obraz, który w naszych wyobrażeniach Wenę ukazuje ( wiem, że Weny nie mając namalowania jakiegokolwiek obrazu graniczy z cudem, dlatego daję wybór). Przed ilustracją stawiamy dwie świece (nie po bokach! PRZED!). Możemy całość ozdobić zeschłymi liśćmi, aby Wena nie pomyślała, że jest taka ważna!

8.Zjeść dwie najsłodsze rzeczy świata!
To bardzo ważne, żeby były dwie. Wena musi zobaczyć jak wygląda nasza przyjemność i jak bardzo nie przejmujemy się tym, że przyjmujemy właśnie do swoich organizmów milion pięćset tysięcy kalorii! Musi ujrzeć nasze błogie miny i rozkosz płynącą z naszych oczu! Pokażmy jej, że potrafimy się cieszyć bez jej obecności! Na pewno zrobi jej się głupio :)
UWAGA! Słodyczy nie wolno popijać!

9.Dwa razy wynieść puste butelki do kosza na puste butelki!
To bardzo ważnie, żeby zrobić to dwa razy! Pokażmy Wenie, że potrafimy segregować odpady bez jej pomocy! Wiem, że w dzisiejszych czasach niektórzy myślą, że śmieci wyrzuca się tylko z kosza na pulpicie. Tych i innych ludzi wyprowadzam właśnie z błędu! Poszukajcie koszy w miejscach innych niż swój pulpit! Udowodnijcie Wenie, że jesteście odkrywcami!

10.Wsadzić w swoje krzesło dwie igły kaktusa!
To bardzo ważne żeby były dwie! Po jednej na każdy pośladek! Bardzo ważne jest również, aby usiąść na owym krześle zapominając o ich istnieniu. Inaczej mówiąc: znienacka! Jeżeli w naszej podświadomości będziemy mieli to, że gdy usiądziemy na krześle to nas zaboli to efektów nie będzie i cała robota na marne! Najlepiej wsadzić sobie te igły w krzesło i odczekać kilka dni kompletnie o tym nie myśląc! Po jakimś czasie od niechcenia klapniemy na krześle i wielkie AUĆ! ( tak, wiem, że nikt nie powie AUĆ... Ale moje badanie wykazały również, że Wena działa na słowo na K) odblokuje naszą Wenę. Wtedy należy wstać, igły z pośladków usunąć, wyjąć kartkę, długopis, instrument tudzież płótno i zabierać się do roboty!


Wszystkim, którym pomogłam wyjść z kryzysu twórczego podaję numer mojego konta!

xDD

Ten post dedykuję naszemu pomysłodawcy! Proponuję wziąć się za siebie i namówić swoją Wenę do współpracy:)

sobota, 20 lutego 2010

Hymn bloga

O blogu ,blogu jakiś ty żałosny
gdyż pierwszym tyś blogiem .
Czytelnik bezlitosny,
bo on jest tu Bogiem.
Twoi założyciele
skromni , nieobyci
pomysłów mają wiele
i chcą je tu przemycić.
Są oni młodzi,
jak gąbeczki chłonni,
w głupoty powodzi,
w swej dziedzinie wszechstronni.
Daj nam o blogu władzę w tym świecie,
wenę wielką,
sławę w internecie
i pomyślność wszelką.
Nasza nieprzeciętna inteligencja
sławę Ci przyniesie,
a wkład i ingerencja
na szczyty Cię wzniesie.
Więc blogu żałosny
żalu w swej istocie,
daj początek radosny
i prowadź nas w głupocie.

niedziela, 24 stycznia 2010

Heloł ewrybady!! :)

Jako, że mnie przypadła zaszczytna rola rozpoczęcia ( lub jak kto woli rozdziewiczenia xD), więc rozpocznę (rozdziewiczę:)).

Uwaga, uwaga! Ogłaszam oficjale otwarcie bloga Debiutujące Kalectwo !!!

Ha! nie było tak źle :) Więc witam wszystkich :) No i się zaczynają schody: pierwszy wpis najtrudniejszy. Co by tu napisać? Niby miliard pomysłów tłoczy się na mózgownicę, ale w sumie to ja żadnego konkretu nie widzę. Chyba trzeba będzie się rozwinąć. Znając życie będzie to coś w rodzaju stylu: ,, O Dupie Maryni",ale co tam!

Pierwsza myśl: zimno. Wyglądasz przez okno, widzisz biel. Fakt: urocze, ale tylko przez pierwszy tydzień. Później, gdy śnieg coraz bardziej szarzeje i gdy coraz częściej zauważasz, że jednak może być żółty, traci swój urok. Śnieg jest fajny, ale tylko wtedy, gdy przypomina śnieg.

Ludzie są dziwni. Jak ostatnimi laty śniegu nie było to było narzekanie, że go nie ma. A jak jest, to chcą słońce. Przeraża mnie to, bo myślę dokładnie identycznie! A dzisiaj, to już w ogóle masakra sezonu! Budzisz się i: O niebieskie niebo! Znad Europy wywiało wszystkie chmury, a zimnooooo!! A poza tym: kto wymyślił tak niskie temperatury? Brr… Należę do ludzi zdecydowanie ciepłolubnych.

W ogóle zastanawia mnie co nam wyjdzie z tego Debiutującego Kalectwa. Coś czuję, że może być zabawnie znając współautorów. Ja sama pierwszy raz w takim przedsięwzięciu biorę udział, więc się trochę obawiam, ale jestem optymistycznie nastawiona. Aż mnie to dziwi!

No więc ( tak wiem, nie zaczyna się zdania od "więc" i wiem również to że wszyscy tak zaczynają znania a potem się tłumaczą, ale nic na to nie poradzę, że to fajowo brzmi xD) dziękuję za uwagę i zapraszam do odwiedzania naszego niekonwencjonalnego, troszkę pogiętego bloga :) Zapowiada się fajowo :)