poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Od bohatera do frajera, czyli jak Casino Royale zmasakrowało brytyjskich agentów.

Obiecałem felieton o alkoholach, ale chyba wraca mi wena, bo po wczorajszym seansie znów nawiedziła mnie ciotka Refleksja, natomiast z racji trwającego okresu świąt o rodzinie też maznę, pewnie jako podsumowanie, więc jutro. Może jeszcze zareklamuję niedawno przeze mnie odwiedzony Poznań... Uch! Jak nie brakuje, to nadmiar! Ale do rzeczy...
Ogólnie raczej nie oglądam telewizji. Kiedy nie ma internetu, kiedy rodzina ma potrzebę korzystania z niego, kiedy leci "dr House" albo inny serial. Ale oprócz tego lubię dobry film. Kryminał, jakaś inteligentna komedia, czasem nawet horror... Rzadziej zdarza mi się obejrzeć jakiś film akcji. Ponieważ jednak nie miałem nic przeciwko agentowi 007, a jako alternatywę miałem obejrzenie po raz 6446386. "Killera", przełączyłem na kanał wiadomy i zasiadłem.
Krótkie podsumowanie - nie wiem, czy Daniel Craig dostał nakaz zagrania największego gbura kina, czy to jego decyzja, ale udało się to znakomicie - postać Jamesa Bonda od początku serii nie była tak pozbawiona charyzmy i nie odpychała od siebie tak bardzo, jak udało się to zrobić w Casino Royale. Reakcje Bonda były tak zimne, że jeśli ktoś uznaje takich ludzi jak on za prawdziwych mężczyzn, pozostaje mu szczerze współczuć i poradzić, że już lepiej uznać za takowego Shreka. Nic tutaj nie pasowało do Bonda, łącznie z wyglądem, gdzie zazwyczaj Bond był wzorem szyku i elegancji, natomiast teraz został sprowadzony do roli bogacza, który chce ubrankami udowodnić, że ma kasy jak lodu. Po godzinnym wciskaniu ludziom, że agent 007 stał się maszyną do zabijania niemającą uczuć i żenujących próbach podrywu koleżanki z ministerstwa, nagły napływ uczuć i miłości jest żenujący, nierealistyczny (ja wiem, że cały film taki jest, ale wszystko byłoby teoretycznie możliwe, natomiast ta przemiana raczej nie) i miał chyba tylko spowodować wzruszenie u widza na koniec (mam nadzieję, że nie przyspoilerowałem). Jak dla mnie nie wyszło.
Ogólnie fabuła filmu jest średnio ciekawa (gapienie się na Bonda myślącego spowodowało u mnie podobny wysiłek jak u niego), postać Bonda jak dla mnie została całkowicie sprowadzona do poziomu tępaka, a zakończenie chyba tylko ma usprawiedliwiać zgorzkniałość bohatera w następnej części, której jeszcze nie widziałem. I chyba nie chcę.
Mała uwaga - nie wiem, czy to wina autora książki (Bonda nie czytałem), reżysera, scenarzystów czy samego aktora, po prostu stwierdzam - nowy Bond mi się nie podobał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz